Matki Pszczele

W następnych zakładkach mamy podział na matki użytkowe i hodowlane.

 

Cytaty z historii  pszczelarstwa w Polsce.

 

Początki legend i wierzeń o pszczołach

Zwyczaje, przesądy i wierzenia dotyczące pszczół zrodziły się już za czasów pogańskich. Wraz z nastaniem chrześcijaństwa, kiedy pszczoły, jako święte owady, otoczono opieką Kościoła wątki wierzeniowe wciąż ulegają rozwojowi i ewoluują. W sferze koegzystencji ludzi i pszczół przez wieki wzajemnie przenikały się wierzenia Polaków, Rusinów, Niemców, Węgrów i Żydów. Według archaicznych wierzeń religijnych dotyczących powstania świata, to Bóg, przykładając specjalnych starań, stworzył pszczołę. 

W początkach swojej działalności na ziemiach polskich, bartnicy i pasiecznicy nie posiadali wystarczająco dużej wiedzy o pszczołach, skąd wzięło się wiele przekonań i niezwykłych wierzeń  o tajemniczych owadach żyjących w lasach pełnych niezwykłych istot. Z niesamowitymi legendami i opowieściami sięgającymi jeszcze czasów pogańskich, skutecznie, po chrystianizacji, walczył Kościół (tworząc zarazem własne legendy i wierzenia). 

Bartnictwo zaczęło stopniowo ewoluować. W średniowieczu coraz więcej kłód pszczelich zaczęto ustawiać w pobliżu domostw, jednak dawne wierzenia i obyczaje pozostały. W reakcji no to, już w drugiej połowie XVII w., pojawiły się głosy uczonych, duchownych i praktyków (zwolenników racjonalnej hodowli) zwalczające zastaną obrzędowość.

Wśród wielu przekazów ludowych związanych z pszczołami odnaleźć można opowieści o tzw. rojnicy – stworze podobnym do żmii, sprzyjającym pomyślności w pasiece, o czym opowiada Bronisław Gustowicz: Bardzo powszechne jest w Borzęcinie mniemanie, że istnieje gad podobny do żmiji, wydający z siebie rój pszczół; dlatego zwą go rojnicą. Tę rojnicę trzymają w pasiece; ma gniazdo pod ulem. Dostaje raz na dzień bułkę rozdrobnioną w słodkim mleku. W zimę rojnica zakopuję się w ziemię i śpi. Kto ma rojnicę, temu się pszczoły bardzo darzą. Pewien wieśniak, siekąc łąkę pod lasem, znalazł w trawie rojnicę, otoczoną mnóstwem pszczół. Schwyciwszy ją, włożył do kapelusza, przyniósł do domu i osadził pod ulem. Wszystkie pszczoły przyleciały za nią i powchodziły do próżnych ulów. Odtąd darzyły się pszczoły temu wieśniakowi nadzwyczajnie. Gdyby rojnicę był stracił, wszystkie pszczoły by mu padły1

 

W obecności pszczół nie należało przeklinać czy mówić podniesionym głosem. Nie należało również przeklinać na same pszczoły, bo jak mawiano w okolicach Chełma: „pszczeły majut’ takeje duszie jak y lude”. Wierzono, że pszczoła ma duszę, stąd zabicie jej było traktowane na równi z zabiciem człowieka. Z upływem czasu myślenie to uległo zmianie, ale do dzisiaj zabijanie pszczół uważane jest za grzech. Wierzenia o wcielaniu się duszy ludzkiej w pszczołę pochodzą głównie z pogranicza polsko-ruskiego (ziemie chełmskie, hrubieszowskie, wołyńskie, podolskie). Wierzono, że dla ludzi złych, amoralnych, pszczoły nie są życzliwie, nie powinni oni zbliżać się do pasieki, a jeśli zechcą hodować pszczoły, to te nie będą im się darzyć. W dawniejszych czasach składano również przysięgi „na pszczoły”. Same pszczoły miały rozumieć wartość takiej przysięgi i w przypadku jej złamania w pasiece przestawało się wieść, a śmierć ponieść mogły nawet całe roje. Za karę Bożą uważano najście na pasiekę lub bór bartny niedźwiedzia.

Dawni pszczelarze uważali lipy za drzewa objęte opieką Boską, dlatego omijały je pioruny. A miód lipowy znany jest z wyjątkowych właściwości leczniczych, stąd mawia się: „Miód lipowy, to lek zdrowy”. Fakt omijania przez pszczoły niektórych roślin często wyjaśniany jest w przekazach wierzeniowych – wbrew zakazom Boga pszczoły jako jedyne zwierzęta pracują w niedzielę, za karę więc nie mogą zbierać i wytwarzać miodu z kwiatów koniczyny i dębowych liści. Inne wierzenia podają, że pszczoła okłamała Pana Boga pytającego o kwiaty dające najwięcej pożytku nie wymieniając kwiatów czeremchy i przytulii w obawie, że Bóg je odbierze, co spotkało się z jego gniewem. Z Motycza pochodzi legenda o roślinie nazwanej przez Jezusa „zaprzał”, która tłumaczy pochodzenie tej nazwy. Według legendy, pszczoły zauważyły człowieka śpiącego na ich ulubionych kwiatach. Rozzłościły się strasznie i gdy chciały go zaatakować, rozpoznały w śpiącym Jezusa. Zapytane o powód złości wyparły się tych kwiatów i od tego momentu nie mogą na nich siadać. 

Pszczoły w tradycji religijnej

Pszczoły uważano za szczególne dzieło Boga. Przed II wojną światową w okolicach Łodzi był zwyczaj wkładania do wylotu ula kawałka opłatka, bo „pszczoła ma zasługę od Boga”. Poleszucy obdarzali pszczoły czcią religijną i wszelkie krzywdy im uczynione traktowali na równi z krzywoprzysięstwem czy zabójstwem człowieka. Do dzisiaj istnieje powszechne przekonanie, że pszczoła nie zdycha, lecz umiera, a zabicie pszczoły traktowane jest jako grzech. Dlatego siarkowaniem (rodzaj uśmiercania) rodzin pszczelich trudnili się m.in. handlarze żydowscy, ponieważ ich nie obciążano moralnie za ten czyn. Rolę tę jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym w Rumunii pełnili Cyganie.

W duchu religii katolickiej wierzono również, że pszczoła miała zrodzić się z ran św. Piotra, Pawła, czy nawet samego Jezusa. Ponadto pszczoła produkuje wosk, który płonie na ołtarzu. Znany w wielu regionach obrządek poświęcenia przez duchownego pasieki lub boru bartnego, należało powtarzać po każdym zaszłym nieszczęściu. Po odejściu duchownego pszczelarz dokonywał „właściwego” rytuału – zakopywał w rogach pasieczyska plaster czerwiu, odrobinę miodu, próchno z podkurzacza i gęsie pióro. Dawniej rytuał ten, podlegający modyfikacji, znany był w wielu regionach Polski. W okolicach Zamościa i Hrubieszowa włościanin przed osadzeniem roju żegna go, jak i ul, krzyżem świętym. W Europie powszechne było również przekonanie, że pasieka musi znajdować się w pobliżu kościoła, w ostateczności w zasięgu dźwięku dzwonu kościelnego – w zasięgu głosu Boga. Najlepszym sposobem na zatrzymanie roju opuszczającego pasiekę miał być właśnie dźwięk dzwonu kościelnego.

 

Dzwonki na roje

Ukradli w kościele dzwonki używane do mszy. Było ich sześć. Złodzieje je podzielili i połamali. Ojcu przyniósł mój stryj, a jego brat. […] Dzwonki miały zwabiać roje. Niby kiedy się nimi dzwoniło, to pszczoły miały siadać. Gdy był okres rojowy, to trza było pilnować pszczół. Bo się wyroiły i poszły. I już pszczół nie było. To było takie wierzenie2

 

W wielu regionach istniał zwyczaj zawiadamiania przez pszczelarza pszczół o nadchodzącym święcie Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. W zależności od miejscowych zwyczajów powiadamiać mógł zarówno sam pszczelarz, jak również pszczelarz wraz z całą rodziną. 

 

Narodziny i śmierć Jezusa

Ja osobiście, dwa razy w roku, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc idę na pasiekę po powrocie z kościoła i melduje pszczołom, że albo się Chrystus urodził, albo umarł. Jest taki fajny wierszyk, który przy każdym ulu mówię, pukam trzy razy nad wlotkiem i mówię: „Chrystus zmartwychwstał, pszczoły zdrowo się chowajcie, gospodarzowi miodu – albo dużo, albo sporo – miodu dajcie”. I żegnam krzyżem i idę do drugiego ula. I obchodzę calutką pasiekę. Czy mróz, czy deszcz, czy obojętnie co. No i dzięki Bogu pszczoły mi się hodują, fruwają i miód dają3.

.

Również w okolicach Kielc zanotowano zwyczaje pszczelarzy, którzy po powrocie z kościoła w pierwszym dniu Bożego Narodzenia podchodzili do każdego ula i chuchając w wylotek mówili: „Chrystus nam się narodził”. Na Podlasiu i innych terenach wschodniej Polski czyniono to w noc wigilijną po powrocie z Pasterki. Na Pomorzu i w Wielkopolsce dodatkowo zawiadamiano pszczoły o nadejściu Nowego Roku. W dniu Bożego Narodzenia pszczelarze małopolscy wkładali jemiołę w wylotek każdego ula, a podlascy i mazowieccy czynność tę, mającą zapewnić obfitość w pasiece w roku następnym, wykonywali już od pierwszych przymrozków. Aby zatrzymać pszczoły i rozwijać pasiekę przynoszono dary bożonarodzeniowe. Pod daszek lub w wylotek ula wkładano opłatek wigilijny, ciasto miodowe, kutię lub okruchy wosku z wigilijnej świecy.

Starano się nie pracować w pasiece w niedziele i święta, ale w szczególnych przypadkach, jak np. zdjęcie roju, odstępowano od tego zakazu. Już w dwudziestoleciu międzywojennym podejście do zakazu pracy w dni świąteczne traktowano bardzo swobodnie, a całkowite rozgrzeszenie miał zapewnić uprzedni udział pszczelarza w mszy świętej. 

Zatrzymanie roju i rabunek

Wierzono, że wraz z ucieczką roju, z pasieki może uciec szczęście. Starano się więc za wszelką cenę złapać rój i i osadzić go w pustym ulu. Środkiem zabezpieczającym przed ucieczkami miała być święcona woda, którą kropiono ule. Najlepiej, jeśli była to woda użyta wcześniej do chrztu dziecka. Przed ucieczką chronić miał również zakopany w pasiece gwóźdź z szubienicy – zabieg ten znano np. na Zamojszczyźnie. W XIX i początkach XX w. zakopywano również jakąkolwiek część szubienicy. Zwyczaj ten znany był na Podlasiu, Lubelszczyźnie, Wołyniu, ale również na Pomorzu. W wielu regionach stosowano również owijanie uli nicią poświęconą podczas pasterki – oprócz trzymania się roju, miało to również zapobiegać spadkom rodzin zimą. Przed św. Janem (24 czerwca) pszczoły kropiono wodą święconą, aby nie gryzły ludzi i żeby „się wiodły”, a pszczelarz obchodził ul trzy razy, by roje nie uciekały daleko. Ponadto wosk kapiący ze świec na ołtarzu, przyniesiony pod daszek ula w dzień Matki Boskiej Gromnicznej, miał także moc powstrzymywania roju przed ucieczką oraz wywoływania rójki w porze wygodnej dla pszczelarza. Osadzenie się czyjegoś roju w pobliżu domostwa traktowano jako dobry znak, bowiem szczęście wraz z rojem przechodziło na nowego właściciela.

Aby zachęcić swoje pszczoły do rabunku innych pasiek, mniej uczciwi pszczelarze stosować mieli wilcze sadło, które ponadto miało pobudzać pszczoły do bardziej aktywnego poszukiwania pokarmu. Panowało również przekonanie, że pszczelarze chcący wywołać napady rabunkowe swoich pszczół na inne pasieki, zakładali na wylot ula wysuszoną głowę szczupaka lub smarowali wylotek sadłem niedźwiedzim. Powszechna na całej słowiańszczyźnie była wiara, że najlepiej utrzymują się pszczoły skradzione. Warto wspomnieć, że oprócz kradzieży rzeczywistej, praktykowano kradzież pozorną, kiedy w określonym czasie od „kradzieży” spłacano wartość roju. Oprócz zabezpieczeń fizycznych nad pasiekami czuwali także święci patroni: Antoni, Bartłomiej i, najbardziej popularny, Ambroży, który w ikonografii przedstawiany jest ze słomianym ulem kopulastym, tzw. kószką lub bezdenką. Znana jest legenda mówiąca o tym, że nad małym Ambrożym (przyszłym biskupem Mediolanu) miał pojawić się rój pszczół, który złożył miód na jego ustach, co miało być zapowiedzią niezwykłego życia dziecka.

 

Święty pszczelarzy

Był najpierw spór – kogo wybrać na patrona pszczelarzy. Św. Ambroży był znany w Niemczech, w Austrii, Włoszech, a nie był znany w Polsce. Niektórzy uważali, że patronem powinien zostać św. Franciszek, patron zwierząt. Niektórzy, że św. Izydor, patron rolników. I zwyciężył św. Ambroży4.

Śmierć pszczelarza i nieszczęścia w pasiece

Powszechnie, również na Lubelszczyźnie, wierzono, że wraz ze śmiercią pszczelarza umierają lub odlatują również jego pszczoły. Starano się więc temu zapobiec. Aby to uczynić należało zawiadomić pszczoły o zaistniałym nieszczęściu. Odbywało się to poprzez pukanie do każdego ula i powiadomienie owadów o śmierci gospodarza za pomocą specjalnej formuły, nieco różniącej się w zależności od regionu. Generalnie w wypowiadanych słowach chodziło o obwieszczenie śmierci, pożegnanie i ustanowienie nowego właściciela. 

 

Powiadamianie pszczół o śmierci pszczelarza

No to drzwi, to się otwiera i teraz jak gospodarz czy gospodyni umiera, do obory do dobytku, żeby już krowy przykładowo wiedzieli, że gospodarz. A jakby przykładowo ktoś miał pszczoły, to gospodyni musiała podejść do ula i stukała w ul, że gospodarz już odchodzi. […] w jeden, do jednego tak pukała. […] to widziałam nawet nie tak dawno u nas zmarł taki, co miał dużo pszczół, to ta gospodyni podchodziła i pukała do tych pszczół, to ona już tak bardzo starsza kobita, bo dziewięćdziesiąt ileś lat miała, on był jeszcze starszy, zmarł, ale i ona już zmarła. I obory otwierano też żeby wiedział, że już gospodarza czy gospodyni nie ma już5

 

Pożegnanie pszczół w imieniu zmarłego

[…] znam to z przekazu takiego pana, który dożył dziewięćdziesięciu paru lat, a umarł pewno już że czterdzieści lat temu – pana Więcka, czy Wiącka, już nie pamiętam nazwiska. To był bardzo, bardzo stary pszczelarz, jeszcze przedwojenny, sprzed pierwszej wojny światowej. Mówił, że jeżeli pszczelarz umiera i pszczoły z nim umierają, chyba że żona tego pszczelarza albo syn pszczelarza pójdzie do pszczół, powie im i pożegna się w imieniu tego zmarłego. Ja to zapamiętałem i podtrzymuje tą tradycję. Byłem już na paru pogrzebach u pszczelarzy. Po pogrzebie, po powrocie z cmentarza, szedłem przeważnie z żoną, na pasiekę i żegnaliśmy te pszczoły w imieniu tego zmarłego pszczelarza. I pszczoły żyją, żony gospodarują, pasieki są6

 

Powodzenie mogła dać również szybka (najlepiej jeszcze przed śmiercią pszczelarza) sprzedaż rodzin i kupno nowych. Najlepiej jednak jeśli pszczelarz przeczuwający swoją śmierć sprzeda rodziny pszczele, gdyż nie będą się one wiodły rodzinie pszczelarza, a tym bardziej temu, kto by je później odkupił. Nieszczęście do pasieki można było również sprowadzić przez wypożyczanie przedmiotów i narzędzi pasiecznych lub przez sprzedaż miodu złemu człowiekowi. Dlatego był zwyczaj utrzymywania w pasiece starczej rodziny, z której nigdy nie sprzedawano miodu, i nie częstowano nim osób postronnych. Do dziś panuje przekonanie, że należy pobrać chociaż symboliczną opłatę za miód lub rój darowane nawet osobie bliskiej. Czyniono jednak wyjątek dla małych dzieci, które musiały zostać poczęstowane miodem z pierwszego miodobrania. Okoliczne dzieci „czatowały” więc tego dnia w pobliżu pasieki. Niechętnie lub wcale sprzedawano miód do celów leczniczych, mniemano bowiem, że może to pociągnąć przykre następstwa dla sprzedającego lub jego pszczół – obawiano się „przeniesienia” choroby. Starano się również nie wpuszczać do pasieki ludzi mających tzw. „urocze oczy”, bowiem mogli oni rzucić urok i doprowadzić do śmierci lub choroby całe rodziny pszczele. Znany również z Lubelszczyzny jest zwyczaj nie podawania przez pszczelarzy dokładnej liczby posiadanych rodzin pszczelich, bowiem w ich mniemaniu może mieć to negatywne skutki dla pasieki. W okresie międzywojennym we wschodniej Polsce panowało  przekonanie, że należy strzec pasieki, aby żaden obcy lub zły człowiek nie zabrał spod ula garści ziemi, ponieważ było to tożsame z zabraniem szczęścia. 

Sposobem zabezpieczenia pasieki przed wpływem złych mocy było również święcenie miodu na dzień św. Wawrzyńca (15 sierpnia). Dopiero po poświęceniu można było przystąpić do jego sprzedaży lub poczęstunku. Należało jednak wtedy poprzedzić to głośno wypowiedzianą formułą: „Przez przyczynę Świętego Męczennika, obroń Boże pszczółki od szkodnika”. Fakt, że data zwyczaju przypada na połowę sierpnia, wskazuje na stosunkowo późny rodowód tego zwyczaju, ponieważ jeszcze w końcu XVIII w. mód pobierano zazwyczaj najczęściej na św. Bartłomieja (24 sierpnia).  W okolicach Godziszowa wierzono, że grzmoty i błyskawice są w stanie zaszkodzić matce  pszczelej.

 

Grzmoty mogą uszkodzić matkę

Nawet grzmoty mogą uszkodzić matkę. Dostaje wtedy wstrząsu i zamiera. Mówią: „O, matka mi nie wylazła. Matecznik jest i jest”. Bo się zaćmiła. Nieraz kiedy pioruny biją, to niedobrze na mateczniki7.

Miód i miodobranie

Miód tradycyjnie używany był w medycynie ludowej. Dawniej, rozrobiony w zimnej wodzie, podawano do pracy w polu kosiarzom. Miód miał zapobiegać przeziębieniom oraz wzmagać siły. Składano go również jako obiaty (ofiary dla słowiańskich bogów). Ponadto niezwykle ważnym produktem pracy pszczelej był wosk, który ma zastosowanie do dzisiaj, a szczególną rolę odgrywa w liturgii Kościoła, gdzie służy m.in. do wyrobu świec. Również dzięki temu pszczołę traktowano jako świętego owada, który dostarcza wosk do świętego miejsca, na chwałę Boga

Dzień miodobrania traktowany był przez pasieczników jako wyjątkowy, należało wtedy zachowywać się szczególnie ostrożnie, a pszczelarz tego dnia powinien mieć czyste sumienie, zachować spokój, pogodę ducha i nie skrzywdzić nikogo. Znane są też praktyki wkładania do ula wraz z woskiem gałęzi jemioły zdjętej przez pszczelarza z sosny w przeddzień Wigilii, co gwarantować miało obfitość miodu w przyszłym roku. W Motyczu i okolicach dawniej wierzono, że pszczelarz może wpłynąć na ilość miodu w pasiece zakopując pod ulem złoto, „żeby zysk z pasieki dawało”. W ludowej symbolice chrześcijańskiej miód oznacza obfitość i dostatek. Zwyczajem jest składanie go na ołtarzu obok wieńca dożynkowego, a w dniu św. Wawrzyńca (10 sierpnia) święcony jest w kościele. To również składnik potraw obrzędowych, jak np. wigilijnej kutii – ugotowanej pszenicy wymieszanej z miodem. Pomyślność w pszczelarstwie zapewniało poczęstowanie sąsiadów świeżo zebranym miodem (zwyczaj praktykowany do dzisiaj). Ponadto wszelkie produkty pszczele stosowane były w obrzędach i medycynie ludowej. 

 

Leczenie miodem i kitem 

Jest medycyna ludowa, czyli spostrzeżenie prostych ludzi. Jak ja byłem dzieckiem, lekarzy na wsi nie było. Lekarz był w gminie jeden i przyjmował prywatnie. Zrobił się czyrak na nodze, ropa się zbierała, nie można go było przekłuć, bo bolało. To co się robiło? Podgrzewało się kit pszczeli, zrobiło się plaster, położyło się na czyraka, zabandażowało się i za dwa dni ropa została wyciągnięta i wszystko wyszło. Nie było penicyliny ani żadnych leków. Jak jakiś wrzód się zrobił, tak się go leczyło. Jak gardło bolało (gdzie tam jechał do lekarza z gardłem), trzeba było wziąć miód, ale nie od razu połknąć, tylko wziąć na łyżeczkę i trzymać w gardle, żeby powoli się rozpuszczał, aż smak zginął. Później drugi, trzeci i gardło przestawało boleć. Czasem to się źle kończyło – zależy co było8.

 

W znaczeniu przenośnym słodki miód oznacza „coś dobrego, upragnionego, trudnego do zdobycia, przynoszącego szczęście”. Takie właśnie rozumienie utrwalają frazeologizmy, jak np. miesiąc miodowy. 

Diabeł w pasiece

Pszczelarze mieli wysoką pozycję społeczną, byli zazwyczaj ludźmi bogatymi i szanowanymi. Wierzono, że powodzenie zapewnia im diabeł, zwany diabłem domowym lub pasiecznikiem. Był on nieocenionym pomocnikiem, powszechnie mawiano nawet, że „każdy pszczelarz ma swojego diabła”.

 

Diabeł pomocnikiem pszczelarza

Tutaj był taki przypadek, że, jak już wspominałem miał Mateła pasiekę, około stu pni i on służył dawniej we dworze, miał znajomych tam leśników, to zawsze, takiego głupowatego parobka miał z Lublina i nocami jeździli kradli sosny i robili ule z tego. Tak że on stukał w sosne i mówi: „Ta będzie dobra”. Tam przeszedł znowu z dziesięć innych sztuk, to mówi: „Te wszystkie na nic”. Czy on się tak znał, czy tak pokazywał – nie wiadomo. A później to za saniami była brzoza uwiązana, zacierała ślad, bo to w zimie, a na rano już, ule, tam dwa ule, czy ile, już były zrobione. Piszkla była taka, taki nóż, co się dłubało. I te ule były stojące. No i właśnie później, doszło do tego, że – a ten Mateła był strasznie skąpy i nikomu nic nie dał. Ubogiego to wygnał, nie dawał nic. I zachorował. Ale… tego syn pojechał do lasu po drzewo, nie ma nikogo, to ten dziadek zachorował. „Co tu robić?” Ale, no, mówią: „Nic nie pomoże, tylko umrze”. To już tak prawie na skonaniu był, ale mówią: „Trza przywieźć te grubą świece z kościoła, co ksiądz święci przy święconej wodzie – paschał”. Bo to taki zwyczaj był. Przywieźli ten paschał… […] Dotknął się aby – i umarł. No, ale przed samą śmiercią mówi, zawołał pan, tego syna swojego, już wrócił z lasu i mówi tak: „Ja już dzisiaj zamrę, ale pamiętaj, że on tam jest na strychu. I masz kaszę jaglaną ugotować, bez soli i bez cukru. I raz na tydzień wyniesiesz – mówi – i za kominem postaw w garnku”. A ten chłopak: „A co, komu, co, kto tam bedzie?” Chciał stary jeszcze powiedzieć i umarł już. No to on sobie przypomniał za jakiś tydzień po pogrzebie. No i tak było, że kazał ugotować tej kaszy. Wyniósł na strych, za kominem postawił i schodzi po drabinie. A tu tam garnkiem jak rzuciło coś – mało go nie ubiło. No i przyszedł taki owczarz, do Motycza chodził, co dawno po dworach, to służyli tacy owcarze i się znali na takich różnych sztuczkach. I opowiadali mu o tym, że tak. To on mówi: „Masz szczęście, że cię nie ubił, bo to się nie soli tej kaszy, ale ty zapomniałeś i trochę osoliłeś. A sól się święci. Ten zły nie lubi tego”. No i od jakiś czas niedługi, tam ze dwa lata, mówi, ta pasieka wyginęła. Szkodnik się jakiś rzucił, nie było ratunku. […] No to wychodziło, że to diabeł był jakiś9.

 

Diabeł skakał z ula na ul

Tu był taki sad, no niedaleko i mój dziadzio jeszcze był młody i wie pan mówi, że po drugiej stronie była karczma, jak szedł z karczmy, to widział jak taki , nieduży facet skakał z ula na ul, bo tam była pasieka duża, a tego, i późni chłopaki tam coś tam poszli na jabłka, a tam była ta pasieka, mówi: „Pszczoły w nocy nie gryzły a tu – mówi – co wyleci pszczoła, brzęk już ugryzła – mówi – ugryzła, w końcu słyszymy – mówi – idzie ten właściciel pszczelarz przez te łąkę i mówi: „Aaa mówiłem żebyście nie wchodzili i nie wyjdziecie stamtąd”. Przyszedł zabrał im czapki i powiesił w sieni, ale w sieni to było, tak się nie zamykali ludzie jak teraz, normalnie zasuwa była taka, rękę się wkładało, jak im zabrał te czapki, tak oni wzięli poszli i te czapki ukradli jemu z powrotem z tej sieni. Na drugi dzień mówi: „Ja was jeszcze przyłapie, ja przyłapie was”. To opowiadali, że tam taki panek skakał, i dziadzio opowiadał, że zawsze w południe w dzień albo w nocy wieczorem, to tam widzieli jak chodził między ulami.[…] Nie wiadomo, mówią że to diabeł na czarno ubrany. [Mówiono, że pszczelarz] miał diabła, albo późni drugie, że jechał gospodarz do miasta i mówi córce: „Weź ugotuj kaszy jaglanej, dobrze osłódź i żebyś nie soliła i postaw na strychu – mówi – na górce”. A ona wzięła posoliła, ona schodzi z tej drabiny, a ta miska z tą kaszą fur na podłogę. Ojciec przyjeżdża na podwórze i mówi: „A mówiłem ci nie sól kaszy toś musiała posolić”. Mówili, że on miał diabła i później kopali staw i on tego diabła komuś tam sprzedał, no. Oj dużo opowiadali takich różnych anegdot10.

 

We wspomnieniach pasiecznik często przybiera postać kota, zazwyczaj czarnego. Dba o pasiekę i strzeże do niej dostępu.

 

Diabeł pasiecznik w postaci kota

[…] widziałam na własne oczy. Chodziliśmy na różaniec, jak to z babcią dzieci małe, a sąsiad miał pszczoły, i mówiło tak, że jak jest pasiecznik to tam, to zawsze jest diabeł w pasiece. I wracamy kiedyś z kościoła, i kotek taki malutki leci, a ja szłam, babcia, mamusia i ja, i taka grusza była duża, idziemy – kotek. Ja wołam kici, kici, chciałam się schylić pogłaskać – nie ma kota. No za chwile uszliśmy kawałek, znów ten kotek wyleciał, znów się schyliłam – znik ten kotek, nie widziałam. No i mamusi wujek opowiadał, że też kiedyś szed po ciemku już koło tej pasieki i wyleciał tak jak diabeł, i coś brzęczało tak, takim jakby łańcuchem, jakby coś. Bo tego kota to pamiętam sama, bo schylałam się, chciałam pogłaskać i nie mogłam go pogłaskać i znik ten kotek. I też mówili, że się objawia tam, że straszy. […] schylałam się pogłaskać i wołałam, i zniknął. I rozglądaliśmy się wszyscy, nie byłam sama, tylko trzy osoby nas było. I później tak babcia mówi, nie chciała straszyć, tylko tak mówi: „A bo to ten pasiecznik wyleciał”. To nazywali pasiecznik był. To mówi: „To ten pasiecznik wyleciał straszyć”. No i tak wujo opowiadał że szed kiedyś, no nie wiem czy z kościoła, ścieżko i mówi, doprowadził mnie tak tym brzęczeniem prawie pod same drzwi. I nikogo nie widział a brzęczał łańcuch. [Diabeł] u pszczelarza był, żeby się pszczoły wiodły, to on tam miał tego pasiecznika swojego11.

 

Pasiecznicy od zawsze byli posądzani o czary i kontakty z diabłem. Stąd dawniej panowało przekonanie, że nawet osoby duchowne bez jego pomocy nie mogły obyć się w pasiece. 

Opracował: Piotr Lasota

 

Jan Dzierżon

               

JAN DZIERŻON – Ks. prof. dr hab. Zygfryd Glaeser (Opole)
Trudna droga na szczyty wielkości.
Wokół blasków i cieni posługiwania księdza Jana Dzierżona
Przede wszystkim, dziękuję Organizatorom spotkania za zaproszenie mnie do wygłoszenia referatu. Dziękuję także i tym, którzy pielęgnują pamięć o ks. Janie Dzierżonu (ur. 16.01.1811). Zaiste postać to ze wszech miar godna takiej pamięci. Postać, która rozpoznawana jest w całej Europie, zwłaszcza tej, związanej z pszczelarstwem. Niewiele mamy takich postaci, gdzie wywołanie ich nazwiska w wielu środowiskach budzi natychmiastową merytoryczną wiedzę o tym, czego dokonali i o miejscu w którym przyszło im żyć i pracować. Trzeba więc pielęgnować pamięć o tych osobach, które przez swoje dzieło rozsławiły, czy rozsławiają dane miejsca. Dla Ziemi Kluczborskiej – dość ogólnie rzecz ujmując – taką postacią bez wątpienia jest osoba ks. Jana Dzierżona. Wiele o nim już powiedziano i wiele napisano. Dobrze wiemy, że był czas, gdzie postać ta była politycznie wykorzystywana i to przede wszystkim ze względu na trudny epizod życia, jaki wiąże się z pewnymi trudnymi relacjami ks. Jana Dzierżona z instytucjonalnym Kościołem. Podejmując się próby prezentacji blasków i cieni posługiwania ks. Jana Dzierżona – bo tak zatytułowałem moje wystąpienie: „Trudna droga na szczyty wielkości. Wokół blasków i cieni posługiwania księdza Jana Dzierżona” – zaznaczyć należy, że mamy tu do czynienie z niezwykle skomplikowaną materią badawczą. Świadczy o tym kilka czynników:
1. Wciąż, z niewiadomych przyczyn, utrudniony jest dostęp do kościelnych dokumentów archiwalnych związanych z osobą ks. Dzierżona.
2. W aktach personalnych ks. Dzierżona nie odnaleziono dokumentu nałożenia na niego ekskomuniki – a to przecież był powód wielu trudnych epizodów kościelnego doświadczenia życiowego ks. Dzierżona. Przyznać należy, że brak tak istotnego dokumentu wyraźnie utrudnia jednoznaczne odczytanie intencji tego, który ekskomunikę nakładał i motywacji związanej z tym faktem.
3. W okresie ponad stu lat od śmierci ks. Dzierżona narosło wokół „jego sprawy” – tak to określę! – wiele rozmaitych teorii, często tendencyjnych, a tym samym nieprawdziwych, mających wyraźny podtekst polityczny.
4. Interpretując „sprawę ks. Dzierżona” po ponad stu latach od wydarzeń z nim związanych, należy pamiętać, iż miały one miejsce w nieco innej od dzisiejszej sytuacji społecznej, kościelnej i kanonicznej – co oczywiście należy z wielką starannością uwzględnić.

1. Kapłańskie posługiwanie
Do pełnienia kapłańskiej posługi młody Jan Dzierżon przygotowywał się studiując filozofię i teologię na jednym z najlepszych i najbardziej liczących się wówczas w Europie wydziałów teologicznych na Uniwersytecie Wrocławskim.
Wiadomo, że struktura uniwersytetu była kształtowana w oparciu o kadrę uniwersytetu frankfurckiego. Uniwersytet Wrocławski szczycił się wieloma wybitnymi profesorami, którzy to zasłynęli z niespotykanej otwartości, wynikającej z idei oświeceniowych. Jan Dzierżon ukończył studia teologiczne w 1833 r. i po kilkumiesięcznym pobycie w tzw. alumnacie przyjął niższe święcenia. Święcenia prezbiteratu otrzymał w 1834 r. i został skierowany jako wikariusz parafialny do parafii Siołkowice. Pełnił tam swoją posługę przez jeden rok. W 1835 r. zwolniło się stanowisko proboszcza w parafii Karłowice (niem. Carlsmarkt) w powiecie brzeskim. Jako, że była to parafia uchodząca za
biedną, nie było chętnych, którzy chcieliby pełnić tam duszpasterską posługę. Karłowice dla katolików to wioska diasporalna. J.G. Knie pisze, że w 1840 r. w wiosce było 78 domów mieszkalnych i 80 zabudowań gospodarskich. Wioska liczyła 547 mieszkańców, w tym zaledwie 62 katolików. Wiemy, że we wsi była szkoła katolicka. W 1857 r. pracował w niej jeden nauczyciel. Uczyło się tam 15 dzieci. Nie dziwi więc fakt, że nie było kolejek wśród duchowieństwa, by objąć tam posadę proboszcza. Zgodził się na to młody i prężny ks. Jan Dzierżon. Rozpoczął więc swoje posługiwanie w Karłowicach w 1835 r. i pełnił je przez ponad 30 lat, do 1868 r. Był on synem rolnika znał się więc na rolnictwie. Na nieurodzajnych glebach karłowickich wprowadził uprawy nieznanych tam dotąd roślin, nie wymagających dobrych gleb. Wprowadzał i uczył nowych sposobów upraw. A przede wszystkim zbudował potężną pasieką w przygotowanym do tego celu ogrodzie. Tu na dobre rozpoczęła się jego piękna i bogata w osiągnięcia przygoda z pszczelarstwem, kontynuowana później do końca życia w rodzinnym Maciejowie. W Karłowicach zrodziła się m.in. wielka idea dzieworództwa pszczół. Ale ksiądz Dzierżon nie był tylko rolnikiem i pszczelarzem. Był przede wszystkim duszpasterzem. Zasłynął z niekonwencjonalnych jak na owe czasy, a przede wszystkim z teologicznie pogłębionych i ludowo ukierunkowanych kazań, zwłaszcza okolicznościowych, na które przychodzili nie tylko katolicy, ale też i miejscowi ewangelicy. Udało mu się zdynamizować religijnie, moralnie i gospodarsko życie mieszkańców Karłowic wraz z okolicznymi wioskami. Przez wiele lat pełnił funkcję vice-dziekana potężnego wówczas dekanatu brzeskiego. Ks. Dzierżon znał trud pracy na roli. Jako zapewne jedyny wykształcony mieszkaniec tamtego terenu, który w dodatku zachował swoją niezależność zarówno od władz świeckich, jak i częściowo także od władz kościelnych, ks. Dzierżon wstawiał się za miejscowymi chłopami, broniąc ich przed wyzyskiem ze strony panów. Popadł więc w konflikt z radcą Hildebrandem, dzierżawcą miejscowych dóbr królewskich, który żądał ogromnych kwot w ramach czynszu za wynajmowane chłopom ziemie (ok. 500 %). To oczywiście zrodziło całą lawinę oskarżeń. Do kurii biskupiej we Wrocławiu zaczęły docierać donosy na ks. Dzierżona, gdzie oskarżano go o to, że poważnie zaniedbuje swoje obowiązki duszpasterskie i uprawia niedopuszczalne transakcje pieniężne.
2. Próby manipulacji osobą i dziełem
Na temat osoby i dzieła ks. Jana Dzierżona nagromadziło się wiele opinii, teorii i interpretacji. Część z nich, jak już wspomniano, uznać należy za próbę upolitycznienia postaci ks. Dzierżona i jako takie jednoznacznie odrzucić, przede wszystkim ze względu na ich nierzetelność. Dotyczy to zwłaszcza tych opinii i interpretacji, które powstały po II wojnie światowej, gdzie ks. Dzierżon ukazywany był przede wszystkim nie jako duszpasterz, ale jako wielki polityk i
społecznik, stojący na czele ruchów antypruskich, a w konsekwencji jako ofiara i „męczennik” tzw. „sprawy polskiej”. Tymczasem ks. Jan Dzierżon okazał się być duszpasterzem, który konsekwentnie stawał w obronie każdego uciśnionego, bez względu na jego przynależność narodową czy społeczną. Taki charakter jego posługiwania wynika z powszechnego charakteru Kościoła. Jeśli ks. Dzierżon sprzeciwiał się władzom pruskim, to nie czynił tego z pobudek politycznych, ale czysto społecznych. Obowiązkiem księdza jest bowiem piętnowanie zła i sprzeciw wobec niesprawiedliwości i wyzysku, bez względu na osobiste zagrożenia związane z taką postawą. Ks. Dzierżon był szczególnie wyczulony na sprawy społeczne. Chodziło mu zwłaszcza o los tych ludzi, którym w wierze przewodził, a więc o chłopów. Sam pochodził z wioski i uprawiał rolę oraz posiadał pasieki, co było wówczas głównym źródłem utrzymania większości księży i większości parafii. Owszem, otwarty konflikt, jaki zaistniał między ks. Dzierżonem a karłowickim dzierżawcą Hildebrantem, który z czasem – spotęgowany postawą tego pierwszego oraz publikacjami ks. Dzierżona zamieszczanymi na łamach prasy – rozciągnięty został na inne organa ówczesnej władzy, musiał niepokoić biskupa wrocławskiego, którego jurysdykcji podlegał ks. Dzierżon. Konflikt ten nigdy jednak nie doprowadził do radykalnej reakcji ze strony kurii wrocławskiej. Oskarżenia dotyczące rzekomych nadużyć ks. Dzierżona: lichwiarstwo, niejasne interesy finansowe i handlowe, zaniedbywanie obowiązków duszpasterskich, były skrupulatnie badane przez sąd kapitulny od 01.10.1866 r. do 07.03.1867 r., kiedy to wydano wyrok w sprawie. I dobrze, że tak się stało, gdyż dzięki takiemu postępowaniu kurii wrocławskiej ks. Dzierżon został dwukrotnie przez tenŜe sąd oczyszczony. Potwierdzono jedynie mało znaczące zarzuty o charakterze dyscyplinarnym związane z koniecznością regularnego odprawiania niedzielnych nieszporów, głoszenia kazań z ambony a nie od ołtarza oraz wizytowania miejscowej szkoły1. Równocześnie zaznaczono, że enuncjacje zawierające poważne oskarżenia kierowane pod adresem ks. Dzierżona „są godne pożałowania”2.
3. Publiczne odrzucanie dogmatów Soboru Watykańskiego I o prymacie i nieomylności papieża
Szukając odpowiedzi na powyższe pytanie, należy skupić się przede wszystkim wokół ówczesnej dyskusji na temat orzeczeń Soboru Watykańskiego I. Tzw. dogmaty papieskie, a więc oficjalne zdefiniowanie przez Sobór Watykański I dogmatów dotyczących prymatu i nieomylności papieża, stały się przedmiotem wielu kontrowersji oraz sprzeciwu ze strony niektórych biskupów, środowisk akademickich oraz niektórych duchownych. Do zagorzałych przeciwników wymienionych dogmatów należał ks. Jan Dzierżon. Być może nie przeprowadzono wówczas właściwej publicznej debaty na ten temat, a być może argumentacja teologiczno-historyczna, jaką się posługiwano była zbyt słaba i mało przekonywująca. Wystarczy wspomnieć, że przecież biskup wrocławski Henryk Förster należał także do grupy oponentów wobec zdogmatyzowania prawdy o nieomylności papieża3. Na pewnym etapie wycofał jednak swój sprzeciw i starał się dyscyplinować tych, którzy przeciwstawiali się przyjęciu tegoż dogmatu. Przyznać należy, że próby zdogmatyzowania kwestii nieomylności papieża napotykały już przed soborem na dość mocny opór różnych środowisk. Grupy oponentów ujawniły się dość radykalnie w czasie trwania soboru i po jego zakończeniu. Najsilniejszą opozycję zauważamy w Niemczech. Jej najbardziej radykalne nurty skupiły się wokół osoby prof. Ignazego Döllingera z Monachium, co w konsekwencji doprowadziło do powstania tzw. Kościoła starokatolickiego. Sprawa nieomylności papieża spotkała się także ze sprzeciwem w diecezji wrocławskiej, tym bardziej, że początkowo bp Förster wydawał się jej patronować. Ostatecznie – jak już wspomniano – wycofał się jednak z popierania opozycji i stał się rzecznikiem papieskiej nieomylności. Nie wszyscy jednak śląscy adwersarze tegoż dogmatu poszli jego śladem. Częściowo przeciwne dogmatowi było środowisko związane z uniwersytetem
wrocławskim, a także środowiska gimnazjalne. Zasadniczo za przyjęciem dogmatu opowiadało się duchowieństwo średnie, kanonicy, dziekani, proboszczowie
1 Zob. S. Mazak, Dzierżonizm. Słuszne i niesłuszne opinie o duszpasterstwie ks. Dzierżona, „Katolik” (1956)36, s. 2.
2 Jw.
3 Zob. J. Swastek, Arcybiskup Henryk Förster jako wrocławski ordynariusz (w latach 1853-1881), w: J.
Mandziuk, J. Pater (red.), Misericordia et veritas. Księga pamiątkowa ku czci księdza biskupa Wincentego
Urbana, Wrocław 1986, s. 310-311.

4. Do konsekwentnych i wyraźnych przeciwników dogmatu
należał także ksiądz Jan Dzierżon. Przeciw nieomylności papieża wypowiadał się jeszcze przed uchwaleniem dogmatu. Nie chodziło tu jeszcze o oficjalne wystąpienia, ale o poglądy wyraŜane przy różnych okazjach, np. w czasie spotkania u swojego przyjaciela ks. Marcina Kurzawy proboszcza w Bąkowicach5 oraz w czasie rozmowy z Emilem Preussem6. Bp Förster znając poglądy ks. Dzierżona, przez pewien czas na to nie reagował. W 1870 r. jego staraniem opublikowano teksty uchwał soborowych dotyczące papieskiej nieomylności. Następnym krokiem była próba przekonania przeciwników dogmatu do zmiany postawy w tym względzie. Na tych zaś, którzy odrzucali postanowienia Soboru Watykańskiego I nakładał stosowne kary kościelne. Ks. Jan Dzierżon był ostatnim księdzem w diecezji wrocławskiej, który za odrzucenie dogmatu o nieomylności papieża został ekskomunikowany. Stało się to w 1873 r., trzy lata po zakończeniu soboru. Ważną kwestią wydaje się być sprawa wyjaśnienia okoliczności bezpośrednio poprzedzających popadnięcie ks. Dzierżona ona w ekskomunikę. Były one dość burzliwe. Mimo to, również wówczas nie zauważa się jakichkolwiek gwałtownych działań ze strony bpa Förstera wobec osoby ks. Dzierżona. O dobrych zamiarach bpa Förstera co do osoby ks. Dzierżona świadczy fakt, iż ten pierwszy zaprosił ks. Dzierżona do kurii biskupiej we Wrocławiu w celu wyjaśnienia jego poglądów oraz stanowiska wobec dogmatu o nieomylności papieża. Ks. Dzierżon na spotkanie z biskupem jednak nie przybył. Zamiast tego, publicznie zdecydowanie wystąpił przeciwko dogmatowi. Dnia 23 kwietnia 1873 r. na łamach „Schlesische Zeitung” opublikował artykuł pt. Otwarta pisemna odpowiedź księciu biskupowi wrocławskiemu dr. Henrykowi Försterowi7. Wypowiedź ks. Dzierżona utrzymana była w bardzo ostrym tonie. Zdecydowanie potwierdził w niej swoje negatywne stanowisko wobec uchwalonego na Soborze Watykańskim I dogmatu o nieomylności papieża8. Wobec powyższego, natychmiast na łamach „Schlesische Volkszeitung” opublikowano, w formie riposty, dwa artykuły: Nowy prorok z Karłowic9, oraz
4 Z. Surman, Ksiądz Paweł Kamiński. Powstanie i upadek ruchu starokatolickiego na Górnym Śląsku, w: Acta
Universalis Wratislaviensis, nr 136, Wrocław 1971, s. 19.
5 Ks. Marcin Kurzawa ur. 08.11.1806 r. Święcenia kapłańskie przyjął dnia 01.06.1833 r. Proboszczem w
Bąkowicach został ustanowiony 17.09.1844 r., zob. Schematismus, Breslau 1871, s. 88. Z ks. Dzierżonem znali
się od wrocławskiej szkolnej ławy. Ks. Dzierżon wspomina o nim w swojej autobiografii, zob. J. Dzierżon, Autobiografia, „Zaranie Śląskie” 21(1958)3, s. 90; zob. także A. Gładysz, Jan Dzierżon pszczelarz o światowej sławie, Katowice 1957, s. 26.
6 Emil Preuss, pochodzący z Prus Wschodnich, praktyk i biolog z zakresu pszczelarstwa, zob. H. Borek, S.
Mazak, Polskie pamiątki rodu Dzierżonów, Opole 1983, s. 148.
7 J. Dzierżon, Offenes Antwortschreiben an den Herrn Fürstbischof von Breslau Dr. Heinrich Förster, „Schlesische Zeitung” (1873)187 (1. Beilage), s. 2-3.
8 S. Mazak, Dzierżonizm. Ks. Dzierżon ekskomunikowany, „Katolik” (1956)37, s. 8.
9 Der neue Prophet von Carlsmarkt, „Schlesische Volkszeitung” (1873)97, s. 6.

Jeszcze raz: Nowy prorok z Karłowic10. W tym samym czasie ukazał się również krótki artykuł na temat całej sprawy w „Schlesisches Kirchenblatt”11. W odpowiedzi na publikacje prasowe ks. Dzierżon napisał list, który skierował bezpośrednio do bpa wrocławskiego Henryka Förstera12. Wyjaśnia w nim, że dwa artykuły, jakie ukazały się w „Schlesische Volkszeitung” były ośmieszające go, miejscami obraźliwe i podające nieprawdziwe informacje. Jedna z nich dotyczy rzekomych skarg parafian z Karłowic, jakie miały wpływać do kurii wrocławskiej, czemu ks. Dzierżon stanowczo zaprzecza. Bronił także swojego stanowiska odrzucającego dogmat o nieomylności papieża. Argumentował w ten sposób: „Nie ma chyba większego grzechu, jak przypisywać boskie właściwości komuś, kto jest zwykłym śmiertelnikiem”. W dalszej części listu nieco łagodzi swoje stanowisko stwierdzając, że w razie konieczności jest w stanie przyjąć papieską decyzję jako decyzję Kościoła, a cały spór uznaje za bezowocny. Swego rodzaju uzupełnieniem listu skierowanego do bpa Förstera jest nieco później opublikowany na łamach „Schlesische Zeitung” tekst, w którym ks. Dzierżon jeszcze raz potwierdził, a nawet zradykalizował swoje negatywne stanowisko co do przyjęcia soborowego orzeczenia nt. nieomylności papieża13. Wobec powyższego, dnia 30 października 1873 r. biskup wrocławski nałożył na ks. Jana Dzierżona ekskomunikę14. Powyższa analiza pozwoliła w sposób jednoznaczny odpowiedzieć na pytanie o ostateczny powód ekskomunikowania ks. Jana Dzierżona. Źródła historyczne bez cienia wątpliwości wskazują na to, że łączenie ekskomunikowania ks. Dzierżona z jego rzekomym politycznym zaangażowaniem, ani też jego społeczna wrażliwość oraz odkrycia związane z partenogenezą nie wpłynęły w najmniejszym stopniu na decyzję biskupa wrocławskiego, by ks. Jana Dzierżona wykluczyć ze społeczności Kościoła. Stało się tak na skutek odrzucenia przez niego dogmatów papieskich, a zwłaszcza dogmatu o nieomylności papieża.
4. Bolesne losy ekskomunikowanego
Jak już wcześniej wspomniano, w aktach personalnych ks. Jana Dzierżona nie zachował się dokument ekskomuniki. Znajdujemy tam jednak inny istotny dokument z dnia 28 grudnia 1873 r., potwierdzający nałożenie na ks. Dzierżona ekskomuniki. Czytamy tam, Ŝe z racji właśnie ekskomuniki nałożonej na ks. Dzierżona, należy mu od dnia 1 stycznia 1874 r. wstrzymać wypłacanie
10 Noch einmal: Der neue Prophet von Carlsmarkt, „Schlesische Volkszeitung” (1873)100 (Beilage).
11 Endlich wieder Einer, „Schlesisches Kirchenblatt” (1873)17, s. 199.
12 Zob. Archiwum Archidiecezjalne we Wrocławiu, Personalacten des Curatus Johannes DzierŜon, s. 44 (dalej
= APDz). Polskie tłum. zob. Studia i materiały z dziejów Śląska, K. Popiołek (red.), t. 2, Wrocław 1958, s. 572-
573; L. BroŜek, A. Gładysz, S. Mazak, dz. cyt., s. 39-40.
13 Zob. J. DzierŜon, Nachtrag zu dem offenen Antwortschreiben an den Herrn Fürstbischof von Breslau,
„Schlesische Zeitung” (1873)207 (2. Beilage), s. 4.
14 Zob. S. Mazak, DzierŜonizm. Ks. DzierŜon ekskomunikowany, „Katolik” (1956)38, s. 4.

emerytury15. Decyzja ta była dla ks. Dzierżona oburzająca. Wychodził on z założenia, że ma pełne prawo do tego, by emerytura nadal była mu wypłacana, ze względu na to, że jako duszpasterz regularnie opłacał składkę emerytalną. W
związku z tym skierował do sądu cywilnego sprawę przeciwko biskupowi Försterowi, którą ostatecznie wygrał, a ten ostatni musiał wypłacić mu całą należność, włącznie z odsetkami16. Jak więc, w wyżej nakreślonej kontekstualności kształtowała się sytuacja egzystencjalna i eklezjalna ks. Dzierżona? Otóż, ks. Dzierżon nadal mieszkał – do 1884 r. – w Karłowicach. Choć nie
sprawował funkcji kapłańskich, to jednak regularnie i bez przeszkód uczestniczył w nabożeństwach sprawowanych w miejscowym kościele. Jednak nowy karłowicki proboszcz ks. Wilhelm Pabel wystosował do kurii wrocławskiej pismo (pismo z dnia 03.07.1874 r.) z zapytaniem, jak ma się odnosić do ekskomunikowanego ks. Dzierżona, a zwłaszcza jak ma traktować jego udział w nabożeństwach? Odpowiedź kurii była krótka, ale zdecydowana:
„Obecność ks. Dzierżona na nabożeństwach ignorować, aby uniknąć większego zła”17. Wydaje się, że postawa kurii wrocławskiej w zaprezentowanej sytuacji może także świadczyć o tym, że traktuje ona i nakazuje traktować ks. Dzierżona z należytym szacunkiem. Zgoła inną postawę wykazał jednak ks. Pabel. Nie respektując postanowień biskupa wrocławskiego w tej sprawie, zakazał ks. Dzierżonowi wstępu do miejscowego kościoła. Kiedy ten jednak zignorował ów zakaz, ks. Pabel podczas jednego z nabożeństw nakazał, by ks. Dzierżona wyprowadzono z karłowickiego kościoła18. Było to dla ks. Dzierżona wręcz traumatyczne przeżycie. W 1884 r. ks. Dzierżon powrócił więc do rodzinnej Wołkowickiej parafii, gdzie mieszkał do końca swojego życia.
5. Tzw. „epizod starokatolicki”
Często oskarżano ks. Jana Dzierżona o to, że przystąpił on do grona starokatolików. Czasem nawet twierdzono, iż to była główna przyczyna
15 Zob. APDz, s. 44.
16 W swojej Autobiografii ks. Dzierżon pisze: „Książę biskup dr Förster odjął mi pensję, jaką po mojej rezygnacji w 1869 roku na podstawie wpłacanych składek przez jakiś czas spokojnie otrzymywałem; skazany wyrokami sądowymi we wszystkich instancjach musiał ją jednak później z procentem wypłacić”. J. Dzierżon, Autobiografia, dz. cyt., s. 90.
17 Zob. S. Mazak, art. cyt., s. 4.
18 Wydarzenie te opisał ks. Dzierżon w swojej Autobiografii: „Ów fanatyk wyrządzał mi stale coraz to nowe krzywdy, przyczyniając zgryzot. Kiedy po raz ostatni byłem w kościele, w którym przez 34 lata pracowałem, nie zawahał się przy pokropieniu przed sumą podejść do mnie, dwakroć odeń starszego i wypowiedzieć głośno zrozumiałe dla wszystkich słowa: Ten człowiek ma czelność przychodzić wciąż jeszcze tu, gdzie przecież nie należy. By nie spotkać się więcej z podobną brutalnością, postanowiłem opuścić na zawsze Karłowice, gdzie spędziłem 49 lat i przenieść się do rodzinnej wioski mojej”. J. Dzierżon, Autobiografia, dz. cyt., s. 90.

nałożenia na niego ekskomuniki19. Wspomina o tym bratanek ks. Jana Dzierżona Franciszek, który w korespondencji do przewodniczącego Związku Pszczelarzy Górnośląskich J. Adamka zarzuca mu rozsiewanie nieprawdy o tym, że ks. Jan Dzierżon „z powodu przejścia na starokatolicyzm został suspendowany” oraz Ŝe „dobrowolnie zrezygnował z kapłaństwa”. W związku z tym żąda od niego, aby powyższe opinie odwołał20. Także na pytanie inż. Leopolda Popławskiego: „Czy ksiądz należał do Kościoła starokatolików i do której parafii”21, Franciszeki Dzierżon odpowiedział: „Do żadnej parafii ksiądz nie należał, gdyż on był tam tylko sam, który protestował przeciw nieomylności papieża, pospolici ludzie nie wiedzieli o tym. Ksiądz nie usiłował nawet swoich domowników narazić (…)”22. Potwierdził także, że ks. Jan Dzierżon „formalnie nie wystąpił (…) nigdy z Kościoła katolickiego, przeciwnie twierdził, że jest przy starym Kościele prawdziwym, że jeden jest tylko Ojciec Święty nieomylny w niebie i że ci, którzy wierzą w nieomylność papieża są odstępcami i od Kościoła odpadli”23. Kiedy mówi się o tym, że ks. Dzierżon był starokatolikiem, to raczej w znaczeniu co najwyżej popularnym, podkreślając w ten sposób, że konsekwentnie odrzucał ustalenia Soboru Watykańskiego I odnoszące się do papieskiej nieomylności. W tym znaczeniu należy także rozumieć słowa łowkowickiego proboszcza ks. Wiktora Scholtysska, że ks. Jan Dzierżon „przyłączył się do opozycyjnej partii starokatolików i opowiedział się publicznie po ich stronie”24. Przytoczone sądy należy traktować więc jako uogólnienia i obiegowe opinie nie odpowiadające jednak faktycznemu stanowi rzeczy, a tzw. „epizod starokatolicki” w życiu ks. Jana Dzierżona trzeba uznać za nieaktualny.
6. Pojednanie z Kościołem
Ostatnie dwadzieścia dwa lata życia ks. Jan Dzierżon spędził w rodzinnych Łowkowicach. Mieszkał najpierw w rodzinnym domu, a potem wraz ze swoimi najbliższymi w nowym domu wybudowanym między Łowkowicami a Maciejowem. Angażował się w badania związane z pszczołami, za co też otrzymał liczne odznaczenia i nagrody krajowe i zagraniczne, z honorowym doktoratem Uniwersytetu Ludwika Maxymiliana w Monachium włącznie.
19 Zob. List do Adamka z dnia 05.01.1869 r., w: H. Borek, S. Mazak, Polskie pamiątki rodu Dzierżonów, Opole 1983, s. 126 (tekst w j. niem.); s. 127 (tł. pol.).
20 Jw.
21 List z dnia 23.11.1931 r., w: H. Borek, S. Mazak, Polskie pamiątki rodu Dzierżonów, Opole 1983, s. 129.
22 List z dnia 15.12.1931 r., w: H. Borek, S. Mazak, Polskie pamiątki rodu Dzierżonów, Opole 1983, s. 130.
23 Jw., s. 131.
24 Zob. A. Gładysz, S. Mazak, dz. cyt., s. 36. Podobne opinie wygłaszali równieŜ inni biografowie ks. Jana Dzierżona, zob. m. in. K. Fleischer, Der schlesische Bienenvater. Leben und Wirken des Dr. Johannes Dzierzon,
Breslau 1939, s. 83; W. Szewczyk, Trzynaście portretów śląskich, Kraków 1953, s. 140; A. Gładysz, Jan
DzierŜon pszczelarz o światowej sławie, Katowice 1957, s. 24.

Zrażony karłowickim epizodem związanym z wyrzuceniem go z kościoła, nie angażował się w życie kościelne. Czuł się tym wydarzeniem dogłębnie zraniony. Jako upokorzenie przyjmował też próby nawracania go podejmowane przez różnych ludzi: duchownych i świeckich. Kiedy przybyli do niego misjonarze, głoszący w miejscowych Łowkowicach misje parafialne, by go nawracać, „ofuknął księży za drzwi”25. Dopiero z osobą ks. Wiktora Scholtysska26 wiąże się trudna droga pojednania ks. Jana Dzierżona z Kościołem. Została ona sfinalizowana 5 kwietnia 1905 r., kiedy to ks. Dzierżon skorzystał z sakramentu pokuty oraz przyjął Komunię św. i sakrament chorych, co zakończył
znamiennym śpiewem: „Tobie ja Ŝyję, Tobie umieram, Jezu Twój jestem w Ŝyciu i przy śmierci”27. Od tego czasu, jak wspomina Franciszek Dzierżon, regularnie przywoził on ks. Jana Dzierżona do łowkowickiego kościoła, gdzie ten siadał w ostatniej ławce, pod chórem i tam się modlił i odprawiał Drogę Krzyżową28. Ks. Scholtyssek udzielił ks. Dzierżonowi sakramentów św. także na dwa dni przed jego śmiercią. Ks. Jan Dzierżon zmarł 26 października 1906 r. z głęboką wiarą i ze spokojem, płynącym zapewne także z jego świadomości pojednania się z Kościołem.
25 S. Mazak, Dzierżonizm, dz. cyt., s. 8.
26 Ks. Wiktor Scholtyssek był proboszczem w Łowkowicach w latach 1903-1910.
27 F. Dzierżon (junior), Moje wspomnienia o stryju, księdzu Dzierżonie, w: H. Borek, S. Mazak, Polskie pamiątki
rodu Dzierżonów, Opole 1983, s. 172.
28 Zob. jw.